Blog

Akrobacje nad miastem

Reklamy

Ironman Reaktywacja

Z Nowym Rokiem nowym krokiem, zatem pora na kontynuowanie walki z czasem, z organizmem by zrealizować plany startowe na nowy rok. 

Jestem IRhON MAeN!!!

Start w najpoważniejszych zawodach życia (jak na razie) mam już za sobą.

Teraz nadszedł czas by podzielić się wrażeniami z tego dnia, ale także z tego co do tej pory się wydarzyło.

Przygotowania do tej niedzieli trwały 28 tygodni, na tyle miałem rozpisane przez Michała treningi. Większość z nich udało się mi wykonać, choć szczerze mówiąc, mając dwójkę dzieci, żonę no i pracę czasem było ciężko zrobić wszystko co zapisane. Jednak tak na poważnie to udało mi się zrobić ok 75% treningów. Wiedza o tym była bardzo obciążająca w ostatnim tygodniu, kiedy to nadchodzą wątpliwości i strach że to o te 25% za mało.

Ostatni tydzień oczywiście w pędzie, w pracy w domu wszędzie! Pakowanie, załatwianie itd. W końcu spakowany i skoncentrowany położyłem się spać we czwartek k północy, bo o godz. 3.30 wstać, bo samolot o 6.00 z Katowic wylatuje.

Niestety nie doczekałem budzika. Jest taki termin „samosprawdzająca się proroctwo” i pewnie trochę miało to znaczenie ale zamiast budzika z łóżka o 3.00 zerwały mnie symptomy grypy jelitowej, na którą w ciągu ostatniego tygodnia byli chorzy kolejno moi synowie – zatrważająca była „dwutorowość” tych symptomów.

Do 4:15 jakoś się pozbierałem i wyjechaliśmy na lotnisko. W moich oczach zobaczyć można było tylko strach co będzie dalej. Czy to jedynie efekt stresu przed startem czy coś więcej. Po dotarciu na lotnisko i nadaniu bagaży okazało się, że jednak to nie tylko stres, a symptomy występują w sposób ciągły, zatem dość dobrze zweryfikowałem dostępność i czystość toalet w Airport Katowice – jest ok!

Krótki lot do Warszawy jakoś przetrwałem, bo  odstęp między toaletami wyniósł jedynie 40 minut. W stolicy kontynuowałem poznawanie dostępności toalet. Miałem dużo czasu.

Tak wyglądało mniej więcej aż do dotarcia do hotelu w Nicei, gdzie atrakcje towarzyszyły mi nadal.

Trzeba się było jakoś ogarnąć i odebrać pakiet startowy.

Spacer całą Promenadą Anglików pozwolił złapać trochę oddechu, choć odczuwanie zapachu morza było bardzo intensywne.

Organizacja biura zawodów naprawdę świetna, choć większość wolontariuszu zdecydowanie preferowała język francuski – (cóż… when in Rome, do as Romans do) – co nie przeszkodziło sprawnie się porozumieć i odebrać wszystkie niezbędne rzeczy.

Mimo, że to piękny czerwcowy dzień, to Nicea powitała nas deszczem. Na szczęście Sponsorzy zawodów (Mercedes i Skechers) wyposażyli wszystkich potrzebujących w pelerynki (te z Mercedesa mogą posłużyć za namiot albo pokrowiec na rower) dlatego nic a nic ten deszcze nie przeszkadzał.

Z trzema workami i kopertą z nalepkami startowymi w dłoni i naprawdę porządnym plecaku IronMan na grzbiecie wróciłem do hotelu by odetchnąć nieco przed odprawą techniczną.

Odprawa techniczna na dwa dni przed startem zorganizowana była w pięknym miejscu Parc Phenix – tak ogród botaniczny. Odprawa z rozmachem, dużo różnorodnego jedzenia, wielki telebim z prezentacjami, jedyny mankament to konferansjerka prowadzona w 4 językach co rozciągało wprowadzenia w nieskończoność. Pewnie gdyby nie zew natury mojego jelita to sprawiało by mi to radość, ale w mojej sytuacji zrezygnowałem z dalszego udziału w odprawie i wróciłem do hotelu i spróbować złapać  trochę odpoczynku.

Kolejny dzień niestety nie był lepszy. Skręciłem rower, przygotowałem worki i dla zabicia czasu pojechaliśmy na wycieczkę do Antibes by się odprężyć zanim udamy się wstawić rower do strefy – przypisany czas między 15 a 16.

Wreszcie przyszedł czas powiesić rower na wieszaku. Wszystkie worki zabrane, rower oblepiony, kask także. Kilkadziesiąt rzędów wieszaków, prawie trzy tysiące miejsc.

Rower powieszony, worki na bieg i na rower także wiszą na swoim miejscu. Ostatni moment by spróbować coś zjeść. Niestety dalej nic nie wchodzi. Sen jedynym ratunkiem.

O 4.00 pobudka, kawałek bagietki z dżemem by coś tam było na dnie. Moja najwspanialsza z żon dodała otuchy i zawiozła mnie w pobliże miejsca startu.

Ostatnie sprawdzenie roweru, ulokowanie batonów na drogę po tych pięknych górach. Wreszcie przyszła pora na ubranie pianki. Ostatnie przygotowania, głęboki oddech i kilka łyków CarboGy  z Etixxa.

Na plaży widok na dwa morza, to z lewej Śródziemne i to wokoło morze niebieskich czepków. Niesamowite uczucie stać wśród tych tysięcy innych, którzy razem będą walczyć ze sobą, gonić swoje marzenia.

Start falowy to świetny pomysł, ja ustawiony w grupie na 1h20m wiem, że będę miał komfort płynięcia, a czas i tak z chipa jest mierzony.
Morze spokojne, wzburzone jedynie tymi kilkoma tysiącami ramion. Lazur wody jest tak przyjemny dla oka, że metry tych dwóch pętli uciekają jak szalone. Pływanie bardzo komfortowe i jak się okazało po wyjściu na plażę że w dobrym czasie: 01:12!! Choć wciąż czułem niepokój w żołądku i lęk przed rozluźnieniem mięśni w pośladkach było nie najgorzej.

Już po kilkunastu metrach na plaży usłyszałem „MARCINNNNN…..” – to najlepszy Supporting Team na trasie. Bez tych świetnych dziewczyn, zawody nie byłyby tak wyjątkowe.

Wygodnie na krzesełku można się przebrać wytrzeć nogi ubrać co potrzeba i po rower. Wyjazd promenadą  na trasę rowerową wzbudza niewiarygodną energię. Przede mną trasa, którą już w dużej części znam, wiem jak jest trudna ale zarazem piękna.

Po 20 km okazało się , ze jednak jeden fragment mnie zaskoczył. Objeżdżając trasę w marcu musiałem źle skręcić i pierwszy z podjazdów był niemiłą niespodzianką. Podjazd tak stromy, że na siodełku się nie dało, a przy szczycie to już niezła buła się z nas wszystkich zrobiła. Dalej trasa pięła się do góry i powoli odsłaniała swoje uroki.  Niestety mój żołądek wysłał mi czytelny komunikat, że batony , które miałem na cała trasę przygotowanie nie przejdą! To była smutna wiadomość, bo miałem nadzieję że już dziś uda się przyjmować węgle.
Trasa rowerowa piękna, dużo pod górę, ale widoki niepowtarzalne.
Wszyscy pod górę mnie wyprzedzali, brak energii i odwodnienie były naprawdę widoczne. Kiedy już pokonałem najwyższy punkt trasy – przełącz Col de l’Ecre (1120 mnpm), przyodziałem kurtkę, bo było dość chłodno, a teraz zaczynały się zjazdy. W pamięci maiłem, że teraz już tylko z górki, z jednym małym podjazdem – mylne wspomnienie 😉

Na ok 90 km, gdy zaczynał się długi zjazd i miałem chęć wykorzystać grawitację, zerwała się ulewa i ściana deszczu zmieniła jezdnie w rzeczkę. Prędkość wszystkich wokoło spadła do 13-15 km/h ( a miało tu być 40-50kmh) a temperatura z 12 do 9C. Deszcz tak walił po ramionach i plecach, że miałem wrażenie jak by mnie ktoś batożył. Z zimna rower aż podskakiwał. Jak już po 10 km wyjechałem z deszczu, stanąłem na poboczu , ścisnąłem wszystko (no prawie) co miałem na sobie i roztarłem mięśnie  by wrócić im  jako taką temperaturę. Za chwilkę znów było pod górę więc udało się nieco zagrzać. Gdy od 120 km naprawdę już było z górki a w oddali zaczęło wyglądać morze radość że przejechałem trasę rowerową była ogromna.

Na trasie udało mi się zmusić do zjedzenia trzech kawałeczków banana , na szczęście colę przyjmowałem dość bezproblemowo. Na żele, batony jakie miałem na rowerze oraz te w punktach odżywczych nie mogłem patrzeć. Co śmieszne, mój wzrok wynajdował upuszczone przez niektórych żelki energetyczne (takie miśki) z odległości nawet 30 m a mózg wysyłał sygnał, że to by mi przeszło przez przełyk, do tego stopnia sugestywne, że poważnie rozważałem czy się nie zatrzymać i podnieść z jezdni upuszczone przez innych żelki.
Gdy ponownie wjechałem na Promenadę Anglików  znów usłyszałem … MARCIIINNNNNN….. i wiedziałem, że jest dobrze (jak na te okoliczności).

Rower zajął mi 7h21m, z postojem na rozgrzewkę i wizytą w zielonej budce.

Profil trasy rowerowej IM France
W szatni ubrałem buty, kompresy, daszek i wybiegłem na trasę maratonu. Pierwsze 2 km w planowanym na te zawody spokojnym tempie ok 5.30 – 5.40 by się zmieścić w 4 godzinach. Niestety dalej tempo zaczęło dramatycznie spadać, a biegowi towarzyszyć skurcze. Jednak nie te typowe  w mięśniach a w żołądku. Na 10 km. Musiałem zrobić ok 10 minutowy postój w zielonej budce, co było bardzo oczyszczające dla dalszego biegu, jednak skurcze wróciły i kolejne minuty uciekały.

Do tych kawałków banana udało mi się dorzucić jeszcze ze dwa maleńkie, natomiast cola była świetna. Na ostatnich kilometrach niestety też już nie dało rady jej pić, ale wodę wmuszałem co stację.

Doping na trasie miałem jeden z najlepszych jakie można było w tym dniu spotkać w Nicei. Wszyscy już tam wiedzą  że Marcin czyta się MAAARRRRCCCCIIIIIIIIIINNNN a nie Masin.

Trasa biegowa na tych zawodach należy do tego, którego nie znoszę!. Bieganie tam i z powrotem jest najnudniejszą rzeczą na świecie, a w Nicei trzeba było zrobić 4 pętle po promenadzie, w sumie tą samą drogą – oddzieloną jedynie pachołkami trzeba było przebiec w sumie 8 razy – nuda.

Po każdej pętli dostawało się na rękę gumkę. Gdy na moim nadgarstku znalazły się już trzy z nich, radość wypełniła moje serce, jeszcze tylko 10 km i meta, zatem za 50 minut będę Ironmanem – sorry zapomniałem że na 30 km biegłem już tempie 7:50 zatem dopiero za 1,5h będę na mecie. Tak czy siak, te ostatnie 10 km było naprawdę przyjemne.

Gdy wbiegłem na czerwono czarny dywan prowadzący do bramy z napisem IRONMAN nic już nie przeszkadzało. Nieważne było, że pokonałem rekord czasu biegu maratonu (4h51m- życiówka w drugą stronę), nieważne było, że pewnie przez te 13h42m całych zawodów spaliłem z kilogram albo dwa swoich mięśni. Ten doping, ten hałas był dopełnieniem marzenia, które postanowiłem spełnić. Podążając za  krzykiem MARCIIINNNNNNN! Najwspanialszej z żon przystanąłem na 20 metrów przed metą by się z nią wyściskać. Ostanie metry pokonałem w kilku krokach i znalazłem się na mecie gdzie czekał ten wymarzony medal z napisem IRON MAN. Spełniłem marzenie, spełniłem je także dzięki pomocy wielu. Jedyne co nieco psuło efekt to francuski akcent gdy przebiegałem linię mety i hasło na które każdy czeka …You ahr an IRhON MAeNnnnn – trzeba będzie to powtórzyć w jakimś anglosaskim kraju 😉

Dziękuję, udało się !

Jutro start – co w głowie się plącze wie, kto to przeżył.

Już na miejscu w Nicei. Już jutro start, co się myśli czym się martwi
Rower wisi na wieszaku, rzeczy na obie trasy w workach. Ogromny niepokój w żołądku bez zmian. Od wczoraj praktycznie nie jem, za to wydalam zewsząd. Moje największe wyzwanie, to nie myśleć o tym, że cały plan przygotowania żywieniowego i nawadniania szklak trafił i to za sprawą takiego maleństwa.

Może uda się coś przyswoić, by z czegoś mieć tą energię na start. Na razie tylko obawy, ale Głowa do góry i do przodu – MUSI BYĆ DOBRZE!

Co się dało to zrobione – teraz tylko walka z nerwami

Najlepsza z żon już też nerwowa, że ciągle tylko schodzę to doglądnąć rower, to sprawdzić tobrę, to wreszcie rozkręcić rower, zapakować , zabezpieczyć, a potem znowu sprawdzić. W końcu zważyć i zobaczyć co dalej?

Sprzęt spakowany, wszystko jest ostatnie zakupy także już przyszły, można odlatywać.

By łatwo wszystko sprawdzić warto zrobić sobie „Check listę” gdzie wymienione są wszystkie niezbędne element na każdy etap zawodów. Ja osobiście skorzystałem z takiej przygotowanej na stronie Iron Mana – dowiedziałem się dzięki niej, że w potocznej mowie funkcjonuje określenie BentoBox – chyba że to lokowanie 😉 (tu link)

Jeden z ważnych elementów to zaplanować sobie żywienie przed startem ale też na trasie. Osobiście sprawdzałem, jak batony wchodzą do sakiewek, które żele , na jaki etap. co wsadzić w pas na numer startowy, co do roweru itd. Dużą część bagaży stanowi jedzenie na trasę.

Niby już wszystko zaplanowane ale, tak czy siak ten ostatni tydzień przed zawodami taki jakiś nerwowy.

Ostatni weekend

Ostatni weekend przed startem, treningowo trasa z Łazisk do Górek Wlk. , następnego ranka zakładka z podjazdami – w sumie 900 m przewyższeń.  Taka namiastka tego co czekać mnie będzie w górach wokół Nicei.

Świetny weekend. Jedyny mankament, to to , że chłopaki byli po kolei rozkładani przez literówkę. W czwartek starszy, w niedzielę młodszy. Ciekawe czy my też coś od nich złapiemy – oby nie!

Już tylko miesiąc do IM France

Już za miesiąc będę w drodze do Nicei. Wchodzę w ostatni okres przygotowań, najtrudniejsze w tym czasie jest kumulacja wszystkiego – komunia syna, urwanie głowy w pracy i oczywiste „w ogóle”.
Jednak udaje tak się ustawić czas by wszystko pogodzić.
Świetną okazją do połączenia przyjemnego z pożytecznym był np. trening na trasie GórkiWlk -Katowice, gdzie zamiast wracać z rodzinnego wypadu samochodem z resztą wróciłem do domu rowerem. Poniżej krótki filmik z tej urokliwej trasy.

Jeśli zaciekawiła cię ta historia, pamiętaj, że możesz dopisać do niej swój rozdział. Zobacz jak
Odpal projekt Katowice w Nice